Przemoc rodzi przemoc. Dzieciństwo seryjnych morderców



Osoby dopuszczające się tak okrutnych czynów jak seryjne morderstwa są jednoznacznie oceniane przez społeczeństwo. Popełnione przez nich zbrodnie budzą wstręt, przerażenie i złość. Zwykle odmawiamy im człowieczeństwa, uznając, że tylko potwór mógłby postąpić w tak bezlitosny sposób.
Jednak czy są oni jedynymi winowajcami? Czy tylko oni ponoszą odpowiedzialność za czyny, których się dopuścili? Czy możemy uznać, że istnieje czyste zło? Zgodnie z hipotezą o interakcji genotyp-środowisko, to kim jesteśmy i jak postępujemy w 50 procentach zależy od genów, które przekazali nam rodzice, a w pozostałych 50 procentach od oddziaływań środowiska, w którym się wychowywaliśmy. Sprawcy przemocy bardzo często w dzieciństwie sami byli ofiarami podobnych nadużyć. 

Prześledzimy losy Jürgena Bartscha i Teda Bundy’ego, słynnych seryjnych morderców, których czyny szokują swym okrucieństwem i wyrachowaniem. Ci bezwzględni zabójcy byli kiedyś bezbronnymi chłopcami, pozbawionymi miłości i zrozumienia. Byli ofiarami dorosłych, których postępowanie w dużym stopniu wpłynęło na to, kim się stali.

Jürgen Bartsch 


Jürgen Bartsch miał dwadzieścia lat, kiedy został aresztowany i oskarżony o zabójstwo czwórki chłopców w wieku od ośmiu do trzynastu lat. Zbrodni dokonał w latach 60 XX wieku na terenie Niemiec. Starannie wybierał ofiary i zwabiał je do schronu przeciwlotniczego, znajdującego się w pobliżu jego domu. Tam dzieci były bite i wykorzystywane seksualnie, a następnie duszone lub uśmiercane silnym uderzeniem. Bartsch okaleczał ciała martwych ofiar w różny sposób, między innymi przez odcięcie kończyn i głowy, kastrację, usunięcie gałek ocznych, ćwiartowanie i odcinanie kawałków skóry z ud. Twierdził, że szczyt pobudzenia osiągał podczas masakrowania ciał zabitych chłopców.

Jürgen Bartsch urodził się 6 listopada 1946 roku w Niemczech. Został porzucony przez matkę krótko po porodzie - po kryjomu opuściła szpital, zostawiając swoje nieślubne dziecko. Kilka tygodni później zmarła na gruźlicę. Tożsamość ojca pozostaje nieznana. Chłopiec pierwszy rok życia spędził w szpitalnym żłobku, pozbawiony matczynej opieki i miłości. W wieku jedenastu miesięcy został adoptowany przez Gertrudę Bartsch i jej męża, którzy nadali mu imię Jürgen. Był ich jedynym dzieckiem.

Adopcyjny ojciec Jürgena prowadził sklep mięsny. Wychowanie chłopca przebiegało bardzo rygorystycznie. Rodzice izolowali go od rówieśników, obawiając się, że dowie się o adopcji. Chłopcem bardzo często zajmowała się babcia, która popierała ich stanowisko. Aby odizolować Jürgena od innych dzieci zamykała go na wiele godzin w piwnicy. Matka chłopca znęcała się nad nim fizycznie od samego początku. Znajomi rodziny relacjonowali, że na ciele jedenastomiesięcznego dziecka notorycznie pojawiały się siniaki. Również ojciec Jürgena przyznał, że jego żona znęcała się nad synkiem. W pierwszych latach swojego życia Jürgen nie zaznał bliskości, prawdziwej opieki i troski. Jego adopcyjni rodzice otworzyli drugi sklep i niewiele czasu poświęcali dziecku.

Bartsch również wspomina o przemocy, której zaznał w rodzinnym domu ze strony matki: „Dostawałem w twarz. Tylko dlatego, że stałem jej na drodze, często był to jedyny powód. Kilka minut później byłem już „kochanym chłopcem”, którego się obejmuje i całuje. Matka była wtedy zaskoczona, że się jej boję i nie odwzajemniam bliskości.”

Kolejne traumatyczne przeżycia spotkały Jürgena w katolickiej szkole w Marienhausen, do której został posłany przez rodziców w wieku dwunastu lat. Przez poprzednie dwa lata uczęszczał do innej placówki, w której czuł się bezpiecznie. Nie chciał zmieniać szkoły, jednak jego rodzice uznali, że dyscyplina panująca w Marienhausen dobrze mu zrobi. Było to okropne miejsce - Jürgena i pozostałych uczniów przekonywano, że przyjaźń między chłopcami nieuchronnie prowadzi do homoseksualizmu. Jakiekolwiek podejrzenie homoseksualnych relacji było dotkliwie karne. Zasady panujące w szkole miały na celu ograniczenie do minimum interakcji między uczniami. Chłopcy byli budzeni wcześnie rano, następnie ubierali się w milczeniu i maszerowali na poranną mszę. W efekcie dzieci nie miały szansy na nawiązanie przyjaźni z rówieśnikami, co jest tak ważne dla prawidłowego rozwoju emocjonalnego i społecznego.

Jürgen opowiedział także o napaści seksualnej, której stał się ofiarą. Zdarzyło się to, gdy leżał chory w szkolnym szpitalu razem z księdzem, nazywanym przez niego „PaPu”. Kapłan zmusił Jürgena, aby położył się z nim w łóżku, następnie wykorzystał chłopca seksualnie. „PaPu” terroryzował swoich uczniów, zapewniając sobie w ten sposób ich milczenie. Jürgen wspomina, że po incydencie w szkolnym szpitalu kapłan zagroził mu śmiercią, aby upewnić się, że chłopiec nikomu nie opowie o tym, co między nimi zaszło.  

W szkole w Marienhausen Jürgen po raz kolejny został pozbawiony szansy na zaznanie prawdziwej bliskości. Znalazł się w miejscu, gdzie każda próba zawarcia przyjaźni z rówieśnikami była traktowana jako oznaka grzesznych skłonności. Kolejny raz stał się ofiarą dorosłych i nie miał nikogo, komu mógłby się zwierzyć. Być może losy tego samotnego chłopca potoczyłyby się inaczej, gdyby dano mu szansę na stworzenie choć jednej bliskiej i bezpiecznej więzi z drugim człowiekiem.

Ślady dzieciństwa w zbrodniach

Można odnaleźć wiele podobieństw między morderstwami dokonanymi przez Jürgena, a traumatycznymi przeżyciami, których doświadczył w dzieciństwie. Podziemny schron przeciwlotniczy przywołuje na myśl piwnicę, w której Bartsch jako chłopiec był zamykany przez babcię. Sposób, w jaki wybierał swoje ofiary przypomina wybór dokonany przez jego rodziców podczas adopcji, kiedy zdecydowali się właśnie na Jürgena. Ksiądz, który wykorzystał chłopca seksualnie, również dokonywał starannej selekcji swoich ofiar. Bartsch podczas masakrowania zwłok używał noża rzeźniczego. W dzieciństwie z pewnością był świadkiem wielu drastycznych scen, mających miejsce w rodzinnym sklepie. Jürgen całował swoje ofiary, co można porównać do niekonsekwentnego zachowania jego matki, która po aktach przemocy domagała się od niego czułości i bliskości.

Ted Bundy


Ted Bundy, amerykański seryjny zabójca, w latach 1974-1978 zamordował przynajmniej dwadzieścia pięć kobiet, jednak liczba jego ofiar może wynosić nawet pięćdziesiąt. Porwane kobiety wykorzystywał seksualnie, dopuszczał się również nekrofilii. Ten bezwzględny morderca był postrzegany przez innych jako przystojny, czarujący, uprzejmy i wykształcony mężczyzna.

Dzieciństwo Teda Bundy’ego wydaje się być pozbawione większych nieprawidłowości. Dorastał on w „porządnej” rodzinie, jednak istnieje wiele przesłanek, które pozwalają wnioskować o występowaniu pewnych anomalii. Losy Teda w wielu aspektach przypominają historię Bartscha.
Bundy był nieślubnym i niechcianym dzieckiem. Matka Teda, Louis, urodziła go w wieku dwudziestu dwóch lat. Ojca nigdy nie poznał. Bundy, podobnie jak Bartsch został porzucony przez matkę tuż po porodzie. Dla młodej kobiety, na co dzień zaangażowanej w życie miejscowej wspólnoty religijnej, nieślubna ciąża była wstydliwa i stanowiła ryzyko wykluczenia z lokalnej społeczności. Pierwsze dwa miesiące życia, podczas których kontakt z matką jest dla dziecka tak ważny, Bundy spędził w domu dla samotnych matek, w którym został porzucony. Podobnie jak Bartsch nie zaznał matczynej troski i opieki w tym krytycznym momencie swojego życia.

Bardzo ważną postacią w życiu Bundy’ego był jego dziadek, Sam Cowell. To on zdecydował się na zatrzymanie dziecka. Razem z żoną, Eleanor, postanowili przejąć opiekę nad wnukiem. Przez kilka lat ukrywali prawdziwą tożsamość chłopca, twierdząc, że został on przez nich zaadoptowany. Przez wiele lat Ted dorastał w przekonaniu, że jego matka jest jego siostrą. Dziadek Bundy’ego był człowiekiem o gwałtownym temperamencie, często stosował przemoc psychiczną wobec swoich pracowników i bliskich. Wartość nadrzędną stanowiła dla niego przychylna opinia społeczna, za wszelką cenę dążył do zachowania dobrego imienia rodziny.

Gdy Ted miał trzy latka, jego matka postanowiła wraz z nim opuścić rodzinny dom. Zamieszkali u ciotki i wujka Louis w Tacomie. Nie wiadomo, co skłoniło Louis do opuszczenia rodziców. Na występowanie pewnych nieprawidłowości w domu państwa Cowell wskazuje incydent, który został ujawniony przez ciotkę Teda, Julię. Kiedy spała, trzyletni chłopiec zakradł się do jej pokoju, odsłonił pościel, a następnie umieścił na łóżku obok śpiącej ciotki trzy noże, skierowane ostrzem w jej stronę. Gdy Julia się obudziła, Ted stał w pobliżu łóżka, uśmiechając się.

Możemy tylko podejrzewać, co działo się w rodzinie państwa Cowell. Dziecko w wieku trzech lat nie jest w stanie samo zaplanować takiego zachowania, większość jego czynności polega na odtwarzaniu działań dorosłych, których było świadkiem. Prawdopodobnie w domu państwa Cowell dochodziło do aktów przemocy, które mały Ted próbował w swój dziecięcy sposób naśladować. Jego babcia, Eleanor, była osobą uległą i depresyjną. Louis przyznała, że ojciec „bił matkę raz na jakiś czas”. Być może to właśnie przemoc panująca w domu skłoniła Louis do opuszczenia rodziców.

W Tacomie Louis poznała Johna Bundy’ego, który wkrótce stał się jej mężem. Ted, bardzo przywiązany do swojego dziadka, który pełnił dla niego rolę autorytetu, miał wiele trudności w zaakceptowaniu ojczyma. Był zazdrosny o chłodno traktującą go matkę, która jednocześnie okazywała nowemu mężowi czułość i ciepło. W domu państwa Bundych panowały skromne warunki, co przeszkadzało młodemu chłopcu. Bundy przyznał, że czuł się upokorzony, gdy musiał pokazywać się w pospolitym samochodzie ojczyma. W szkole chłopiec wielokrotnie wdawał się w bójki, bardzo łatwo wpadał w gniew i nie potrafił się opanować. W okresie dojrzewania zaczął dopuszczać się drobnych kradzieży.

Z pewnością duży wpływ na rozwój anomalnych zachowań przejawianych przez Bundy’ego miała nieobecność ojca. W zeznaniach, które złożył przed egzekucją przyznał, że temat ten stanowił w jego rodzinie tabu. Bundy twierdził, że nieznajomość biologicznego ojca nigdy nie była dla niego zmartwieniem. 
W taki sposób wypowiadał się na ten temat:
„…w 95% to kim jesteśmy, zależy od sposobu, w jaki zostaliśmy wychowani i gdzie zostaliśmy wychowani. To kim jestem i w jaki sposób postrzegam społeczeństwo nie pochodzi od mojego biologicznego ojca. On nie wniósł absolutnie nic do mojego rozwoju. Nigdy więc nie był to dla mnie problem.”

Pomimo deklaracji Bundy’ego możemy podejrzewać, że nieobecność ojca stanowiła dla niego poważną trudność. Miał on dziesięć lat, kiedy kuzyn skonfrontował go z prawdą o nieślubnym pochodzeniu. Ted zareagował bardzo gwałtownie, nie chciał uwierzyć, w to co usłyszał. Przekonał go dopiero własny akt urodzenia, pokazany przez kuzyna. Chłopiec pozostał sam z wieloma wątpliwościami, o których nigdy nie rozmawiał ani z matką, ani z przyrodnim rodzeństwem.

Analogie

Możemy zauważyć wiele podobieństw pomiędzy dzieciństwem Bundy’ego i Bartscha. Obaj byli nieślubnymi i niechcianymi dziećmi. Pierwsze, krytyczne dla dalszego rozwoju miesiące życia spędzili pozbawieni matcznej opieki. Dorastali w rodzinach, w których panowała przemoc, a komunikacja interpersonalna była zaburzona. Obaj byli samotnymi chłopcami, pozbawionymi empatii w stosunku do innych ludzi. Wszystkie te czynniki nie usprawiedliwiają okrutnych zbrodni, które popełnili. Być może jednak chociaż trochę przybliżają nas do odpowiedzi na pytanie, dlaczego to zrobili.

Źródło: Robertson, R. L. (2004). Serial murder as allegory: a subconscious echo of unresolved childhood trauma.

Autor: Emilia Jamróz, dziennikarka oraz studentka III roku psychologii stosowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Interesuje się neuropsychologią, psychologią poznawczą, psychosomatyką oraz psychodietetyką.



Share on Google Plus
    Blogger Comment
    Facebook Comment

6 komentarze:

  1. Bardzo ciekawy artykuł. Oby tak dalej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie dziękuję w imieniu autorki!

      Usuń
  2. To ja wkleję tutaj też mój komentarz
    ......."Czy trudne dzieciństwo może być wytłumaczeniem dla czynów np.morderców? ....." ----- oczywiście, że tak i to nie morderca powinien być głównym oskarżonym tylko jego rodzice. Nikt nie zabija dla przyjemności i dla zabawy tylko odreagowuje to co jemu zrobiono, bo rodzica trzeba szanować więc niewinne osoby giną i to jest wkurzające. To jest zarówno niesprawiedliwe i nielogiczne karanie mordercy /ostatniej ofiaray, która stała się oprawcą/ a jego przodków usprawiedliwiać. Rodzice są najokropniejszymi przestępcami, których nie pociąga się do odpowiedzialności nigdy za wyjątkiem skrajnych sytuacji, kiedy zabiją dzieco albo połamią mu kości. Wszystko inne co robią dziecku jest niekaralne i nazywane wychowaniem. http://sabinagatti.blogspot.com/2014/02/jakie-kary-dla-matek-ktore-zmasakroway.html#gpluscomments

    ....."Czy zatem możemy obwiniać rodziców, którzy okrutnym traktowaniem dzieci "stworzyli" przestępców? ...." ------ należy obwiniać rodziców i rodziców surowo karać /oni też mogli się zmienić/ i a mordercę na terapię. Może w ten sposób dorośli opamiętają się i zaczną respektować dzieci. Nie każdy musi zostać rodzicem.

    ....."Dlaczego nie potrafimy zatrzymać spirali przemocy wobec dzieci, wiedząc jakie mogą być skutki? ...... ---- dlatego, że feminism twierdzi, że przemoc ma płeć męską, że najbardziej poszkodowanymi i najliczniejszymi ofiarami przemocy domowej są kobiety a nie dzieci. https://www.facebook.com/PrzemocNieMaPlci/posts/1001718909927669

    Dlatego, że media to utrwalają, dlatego, że mężczyźni boją się mówić prawdę o swoich matkach, dlatego, że osoby publiczne, bardziej lub mniej znane są politycznie poprawne bo ich kariera jest ważniesza niż prawda i przerwanie Błędne Koło Przemocy - Sabina Gatti.

    W jakim stopniu znaczenie tutaj ma genetyka i cechy wrodzone? - chyba już żadne.

    Czy zawsze mamy wpływ na swoje postępowanie i wybory? - jak można mieć wpływ na swoje postępowanie jak ma się "poszargany móżg" Doskonale wiemy, że naprawić siebie to nie takie proste, nawet jak szkody nie są tak tragiczne jak u morderców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisane z osobistego punktu widzenia głupoty. Zapewne autorka tego tekstu sama krzywdzi i usprawiedliwia to zachowaniem rodziców. W ten sposób mielibyśmy uznać, że nikt nie jest winny, bo zawsze odpowiada za to jego rodzic? Czyli idąc tym tropem - karamy rodzica, bo to jego wina, ale znów to przecież wina jego rodzica itd. itd. Głupoty.

      Usuń
  3. Nasuwa się myśl czy noworodki które przyszły jako wczesniaki na świat i były trzymane w inkubatorze i nie miały bliskość i ciepla swojej matki to czy są narażone na jakieś dysfunkcje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Emilia Jamróz28 marca 2017 18:10

      Tak, są badania, które potwierdzają, że istnieje takie ryzyko. Warto przytoczyć tu eksperyment Harlowa z rezusami. Małe małpki zostały oddzielone od biologicznych matek i umieszczone w klatkach, w których znajdowały się modele "matek" - jeden druciany i drugi zrobiony z miękkiego materiału. Część małpek była karmiona przez drucianą "matkę", natomiast pozostałe przez miękką. Okazało się, że bez względu na to, która "matka" zaspokajała fizjologiczne potrzeby młodej małpki, wszystkie z nich większość czasu spędzały przytulone do miękkiej "matki". Małpki karmione przez drucianą "matkę" miały problemy trawienne, cierpiały na biegunki. Brak kontaktu z żywą matką negatywnie wpłynął na rozwój młodych rezusów - niektóre stały się agresywne, nie potrafiły nawiązać kontaktu z innymi małpami.
      Eksperyment można obejrzeć tutaj https://www.youtube.com/watch?v=1cvDKuna358
      Samo zaspokojenie potrzeb fizjologicznych nie jest wystarczające dla prawidłowego rozwoju, bardzo ważny jest kojący dotyk i bliskość z matką (lub osobą sprawującą opiekę).
      Personel szpitalny oczywiście zdaje sobie sprawę z potrzeby bliskości u wcześniaków, dlatego rodzicom zaleca się głaskanie i dotykanie dziecka.

      Usuń

Wpisz swoje imię, wybierając pole NAZWA z listy. Możesz komentować za pomocą konta FB, klikając Facebook Comment. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin strony.