List do Twojej przyjaciółki i każdej kobiety, która ma już dość, a nie ma dostatecznie siły, żeby zakończyć małżeństwo bez perspektyw


Artykuł o tym, dlaczego kobiety trwają przy socjopatach i manipulatorach poruszył i otworzył wiele serc. Dzisiaj list - apel, mądrej kobiety, która trwała przy takim mężczyźnie, niszcząc siebie - na szczęście do czasu. Przeczytajcie koniecznie.

Nie znam Cię, ani Twojej historii, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś Ty poznała moją, może w jakiś sposób Ci pomoże....

W zeszłym roku  skończyłam 40 lat i na urodziny zrobiłam sobie najpiękniejszy prezent, jaki tylko mogłam sobie wymarzyć - złożyłam pozew rozwodowy. Fakt, decyzja dojrzewała latami, myślę że z 10 z górka. Wiele razy dawałam się nabrać na obietnice poprawy i sama siebie oszukiwałam, że nic się nie dzieje, że to wszystko normalne, że wszyscy tak żyją, to tylko chwilowy kryzys, z braku pieniędzy, moje urojenia, paranoje....brzmi znajomo?

Poznałam go 19 lat temu, z mojej strony wielka miłość, zakochana po uszy, prawie nastolatka. Miałam 21 lat, studiowałam w Polsce na AE, on był tutaj, zaczęłam drugi kierunek - dziennikarstwo. Tak mi się spieszyło, że na AE wystąpiłam o indywidualny tok studiów, a dziennikarstwo- ze świetnym piórem i kreatywnością wówczas bezgraniczną - zostawiłam z dnia na dzień.

Na początku było bardzo fajnie, ale dość wcześnie zaczęły się kwasy,  chore sceny zazdrości, dzikie awantury o stłuczoną szklankę, a ja nie mogłam wrócić, no bo jak Na Tarczy???? Ja na tarczy? Wiec łykałam gorzkie łzy, wyłam w poduszkę, zaciskałam zęby i wmawiałam sobie, że będzie dobrze, że kiedyś nadejdzie taki dzień, że on się obudzi z tego letargu i będzie mnie po prostu kochał, tak jak ja jego, że dostrzeże jaka jestem dzielna, atrakcyjna, inteligenta, wiele rzeczy umiem i że można ze mną konie kraść.....

Później zachorowała moja mama, wróciliśmy na jakiś czas do Polski, prowadziłam dwa domy, opiekowałam się mamą, sprowadzałam leki z zagranicy, nadzorowałam wszystko, będąc w tym zupełnie sama, a on się bawił...rogi miałam takie, że nie mogłam wejść do domu…W końcu któregoś dnia spakowałam go, wystawiłam walizki i powiedziałam dość....Ale potem jak głupia, tępa krowa znowu uwierzyłam w puste słowa i dałam kolejną szansę.

Po śmierci mamy wróciliśmy za granicę, byłam już w ciąży...Zmarł mój tato, wróciłam sama z brzuchem podopinać formalności, upłynnić co się dało, przewieźć meble, zorganizować życie babci - staruszce i dwa miesiące przed porodem byłam  z powrotem. Po urodzeniu malej wyprowadził się z sypialni, bo nie wypoczywał...Dziecko było super spokojne, pogodne w ogóle nie płakało, karmiłam piersią wiec tylko otwierałam oko w nocy, przystawiałam do piersi i było po sprawie. Oczywiście, w domu syf - tak mówił-nic nie robiłam całymi dniami, a w dodatku się spasłam (bzdura, mam  super metabolizm i wyglądam bardzo dobrze mówiąc nieskromnie......), ale ja rzeczywiście czułam się zupełnie nic nie warta, zero....po prostu zero. Mała dawała mi mnóstwo radości i szczęścia i bycie mamą to najfajniejsza przygoda mojego życia i nie zamieniłabym tego na nic innego.

Ponieważ trzeba było coś robić, pracować, postanowiłam założyć firmę budowlaną, oczywiście finansując i załatwiając wszystko sama i jego zrobić prezesem, żeby poczuł się dowartościowany. To była katastrofa......Siłownia, rower, wypady, wszystko było ważniejsze niż nadzór nad projektami. Ja prowadziłam księgowość, jeździłam z klientami, doradzałam, projektowałam, robiłam kosztorysy, prowadziłam dom, opiekowałam się malutkim dzieckiem, jeździłam po urzędach z małą w nosidełku, wyciągałam jego brata z nałogu alkoholowego,  kilka razy w roku latałam do Polski do babci, itp. I znowu ciągle słyszałam, że się nie nadaje do niczego, że nic nie potrafię zrobić, że jestem beznadziejna....

Potem podniósł na mnie rękę, mała miała 3 lata, znajomi zaprosili nas na grilla, on nie miał ochoty iść i jak zwykle zrobił zadymę przed wyjściem. Wiec po raz pierwszy od wielu lat poszłam sama, po prostu go olałam. Po powrocie mnie pobił, bo jak ja śmiałam iść sama bez niego....Odseparował mnie od znajomych, przyjaciół, wszystkich obraził, zamykał mnie w domu, nie pozwalając iść do pracy (kilka etatów przez to straciłam) i robił wiele innych rzeczy, o których nie ma sensu nawet mówić, bo już to zamknęłam.

Z radosnej, pogodnej, pełnej energii, pomysłów, niezależnej  kobiety stałam się wrakiem....Moje poczucie własnej wartości było równe zeru...Przemoc fizyczna stała się może nie codziennością, ale często miała miejsce. Przemoc słowna i finansowa (największą paranoja było to, że to ja zarabiałam) na porządku dziennym.

Potem urodziła się nasza druga córka, przyszedł kryzys i z dnia na dzień było jeszcze gorzej, z każdym dniem...I tak upłynęło mi kilka lat....Zycie w beznadziei totalnej, bez poczucia, że jestem kochana, bez żadnego poczucia bezpieczeństwa, ani wyjątkowości....Walcząc o przetrwanie rodziny, o to, żeby było co jeść, żeby prądu nie odcięli... dosłownie, ale to na inną opowieść...

Kiedy sięgnęłam dna w 2013 roku, zebrałam się do kupy i zaczęłam robić różne projekty. Po pierwsze chyba po to, żeby nie zwariować, czymś się zająć, po drugie żeby udowodnić sobie, ze nie jestem wcale taka beznadziejna. Napisałam kilka biznes planów, dla przyjaciół i znajomych - już funkcjonują, kilka innych rzeczy, niektóre jeszcze leżą w szufladzie i dojrzewają. Oczywiście słyszałam ciągle, że to bzdury, po co to robię, strata czasu, itp...Ale ja robiłam swoje, a jego napady agresji działały na mnie jak kopniak do działania, speed. Po prostu wiedziałam, że najpierw muszę ustawić moją sytuację finansową i odzyskać wiarę - sama w siebie - a potem kopnąć go w dupę z wielkim hukiem.....

W kwietniu 2015 roku się przelało i podjęłam nieodwołalną decyzje o tym, że nie chce się z tym kimś zestarzeć i nie zamierzam stracić ani chwili więcej, ani uronić nawet jednej łzy więcej. I zaczęłam działać. Pomogli mi przyjaciele: prawnik, który poprowadził mi sprawę rozwodową i cala masa ludzi, którzy nagle pojawili się na mojej drodze lub wrócili starzy znajomi, dzięki których wsparciu przebrnęłam przez to wszystko. Teraz czekam na prawomocny wyrok sadu:-)

Wypadły mi włosy (mam pól łysej głowy), zatrzymał mi się okres, przeszłam przez piekło na przełomie roku, teraz powoli wszystko wraca do normy.

Przeszłam przez piekło, ale wiesz, było warto, bo poczucie wolności jest oszałamiające. W końcu jestem sobą, wróciła dawna ja,  jestem z siebie cholernie dumna i niebywale szczęśliwa, mam cudownych przyjaciół, dzieci dochodzą do siebie, uspokajają się. I wiem, że nie ma takiej rzeczy, z którą bym sobie nie poradziła. I Ty też sobie poradzisz.

Wiec zastanów się baaardzo głęboko, czy chcesz stracić kolejne lata, wyć w poduszkę i żałować, że czegoś nie zrobiłaś wcześniej......

M.
P.S. Trzymam kciuki i wierzę, że Ci się uda.

Share on Google Plus
    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. Niestety nie podeślę tego listu matce kilkorga dzieci, niewykształconej,nie pracującej, która poświęca czas na rehabilitację dzieciaka etc. Bo się załamie, że jest nic nie warta, nikt jej do pracy nie przyjmie etc. etc. Akurat ten przykład nie podziała na dobrze na wszystkie takie przyjaciółki. No ale dobrze, że tej kobiecie się udało i że jest taka obrotna. Pozdrówka i też zazdroszczę ale nie o to tu chodzi.

    OdpowiedzUsuń

Wpisz swoje imię, wybierając pole NAZWA z listy. Możesz komentować za pomocą konta FB, klikając Facebook Comment. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin strony.