Moje wielkanocne spotkanie z bezdomnym.



Czy spotkanie  z bezdomnym  w czasie świąt może zmusić do przemyśleń na temat wyglądu i postrzegania nas przez innych? Okazuje się , że tak! W niedzielę wieczorem czekałam na autobus, aby odwiedzić drugą część rodziny. Na przystanku było sporo ludzi, każdy z jakimś pakunkiem, zapewne ciastem lub innym jedzeniem wielkanocnym. Koło przystanku kręcił się starszy mężczyzna z reklamówkami wypełnionymi puszkami i zaglądał do kolejnych koszy na śmieci. Nikt nie zwracał na niego uwagi, ja zresztą też nie, każdy zatopiony był w swoich myślach. Zresztą nie byłam w najlepszym nastroju, pewne sprawy rodzinne bardzo zaprzątały mi głowę i nie były to pozytywne emocje. Nie wszystko szło po mojej myśli. Czułam, że co rusz łzy chcą mi napłynąć do oczu. Na szczęście było już ciemno na dworze. 

Zauważyłam, że pan zbierający puszki zakończył swoja pracę i zaczął oddalać się w innym kierunku. Nagle zatrzymał się, odwrócił się i wrócił w stronę przystanku. Stało i siedziało tam kilkanaście osób, ja gdzieś pośrodku, ale od razu wiedziałam, ze pan bezdomny podejdzie do mnie. Jeszcze się na niego nie patrzyłam, dopiero jak stanął naprzeciwko mnie i grzecznie poprosił o złotówkę, podniosłam wzrok znad gazety. W pierwszym odruchu chciałam się odsunąć, zadziałały głupie stereotypy i spodziewałam się odoru alkoholu lub innych brzydkich zapachów. Ale to nie nastąpiło, gdyż pan, mimo specyficznego ubioru, nie był stereotypowym bezdomnym. W tym momencie włączyła mi się natura analizatora i przyjrzałam się mu dokładniej. 

Mężczyzna był niski, bardzo chudy, ale na pewno nie był stary, jak wcześniej sądziłam. Twarz była poryta zmarszczkami, ale to nie był zmarszczki starości, lecz linie naznaczone doświadczeniem. Powstałe wskutek trudnych przeżyć i warunków. Najbardziej zaskoczyły mnie oczy, gdyż były żywe i uśmiechnięte, na dodatek o jasno-niebieskim kolorze. Zupełnie nie pasowały do tej zmęczonej twarzy. Krótkie spojrzenie dalej ukazało mi człowieka może zbyt emocjonalnego i impulsywnego, ale też szczerego i pracowitego. Niestety był też osobą naiwną, uległą i łatwo poddającą się wpływom. Jego głos potwierdził moje pierwsze wnioski, był gładki, przyjemny, żaden proszący czy rozkazujący ton. Cała analiza trwała kilka sekund, więc bez wahania wygrzebałam drobne i podałam panu bezdomnemu. Przez ten czas inni siedzący obok ludzie udawali, że niczego nie widzą, ale zdawałam sobie sprawę, że wszyscy słuchają, bo nikt  w tym czasie nie rozmawiał. Życzyłam temu panu wesołych świąt, zapytałam jak się czuje i czy czegoś jeszcze nie potrzebuje. Rozmowa potoczyła nam się naturalnie, nie było z jego strony narzekania, pytał się też jak ja spędzam święta. Nie chciał już żadnej innej pomocy, miło się pożegnał i chciał mi podać rękę na do widzenia. Stawiając swoje reklamówki na ziemi nie zawiązał ich i część puszek wysypała się na chodnik. Zaczął je niezdarnie zbierać, więc wstałam, żeby mu przynajmniej potrzymać te reklamówki. 

I w tym momencie coś się ruszyło. Jakiś inny mężczyzna podszedł i powiedział, ze on pomoże pozbierać. To samo zrobił chłopak stojący obok. To spowodowało dalszą lawinę i to lawinę dobroci. Kolejna pani powiedziała, ze ona też ma jakieś drobne, do niej dołączyła się następna. Inni życzyli panu bezdomnemu wesołych świąt. Znowu stanęły mi łzy w oczach, ale tym razem były to łzy radości, wdzięczności, a ja na dodatek w ogóle łatwo się rozklejam. Na koniec ktoś jeszcze obdarował pana swoim ciastem. Tu nie trzeba było być ekspertem od mikroekspresji, aby rozpoznać emocje malujące się na jego twarzy.  Zrobiła się bardzo przyjemna atmosfera, taka prawdziwie świąteczna i już nikt nie odwracał wzroku. Wsiadając do autobusu, byłam niesamowicie dumna z nas wszystkich i pełna ponownej wiary we wrodzoną dobroć ludzką.  Nakłoniło mnie też do wielu refleksji. 

Pierwszą podstawą sprawą jest to, że każdemu człowiekowi należy się szacunek bez względu na to, jak wygląda.  Każdy z nas przeżywa wzloty i upadki oraz zakręty życiowe, ale dla niektórych są one trudniejsze do zniesienia. Ludzie mają różne charaktery, czasem brakuje im silnej woli i determinacji. Druga rzecz, to chęć pomagania. My mamy w sobie, jako ludzie, wiele dobra i pomaganie innym leży w naszej naturze. Różne czynniki i własne problemy powodują, ze o tym zapominamy. Wystarczy jednak mała zachęta, jakiś bodziec, by inni też się otworzyli i zaoferowali swoje wsparcie. Tym bardziej w przypadku z bezdomnymi, gdyż mamy już, słusznie czy niesłusznie, wpojone, że bezdomny to śmierdzący alkoholik, a na pewno degenerat, który na nas żeruje. Więc nie warto mu pomagać, przecież u niego nic się nie zmieni. A może jednak? A może jemu też wystarczy tylko mały bodziec do zmian?

Warto spojrzeć przychylniejszym wzrokiem na tych, dla których zakręty życiowe okazały się zbyt ostre. I nie chodzi tu już tylko o bezdomnych, ale też o ludzi wokół nas, którym powinęła się noga. Po wypadnięciu z zakrętu, powrócenie na prostą samemu jest często niewykonalne. Wsparcie innych to umożliwia.  

Autor: Diana Nowek
Share on Google Plus
    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Wpisz swoje imię, wybierając pole NAZWA z listy. Możesz komentować za pomocą konta FB, klikając Facebook Comment. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin strony.